O autorze
Dziennikarz muzyczny specjalizujący się w polskiej muzyce rozrywkowej. W branży od 17 roku życia. Autor setek artykułów oraz wywiadów z gwiazdami tego nurtu muzycznego. Autor "Encyklopedii disco polo". Wielokrotnie cytowany przez mainstreamowe media (min. Onet.pl, Gazeta Wyborcza, TVN, Super Express).

Gatunek niewidzialny gołym okiem

W latach 90. nikt nie śmiał porównywać muzyki dance do disco polo, nie wspominając już nawet o wkładaniu tych gatunków do jednego worka. W dzisiejszych czasach, gdy muzyka łatwa, lekka i przyjemna na dobre wiedzie prym wśród polskich słuchaczy i sympatyków dobrej zabawy, pojęcie "dance" wydaje się być dla zdecydowanej większości odbiorców czymś zupełnie obcym. Czy to dlatego, że tego gatunku już nie ma?


Historia polskiego dance sięga połowy lat 90. ubiegłego stulecia, czyli czasów, gdy poważny rozkwit przeżywało disco polo. Tak jak w przypadku tego drugiego gatunku, który czerpał inspiracje z Italo Disco, czy polskich utworów biesiadnych/weselnych, tak ten pierwszy zaczął tworzyć się w oparciu o dokonania zachodnich artystów. Na rynku pojawiły się grupy Zero, United, Thomas, D-Bomb czy chociażby Stachursky!




Utwory "Jeszcze jedna noc", "Go baby go", "Naprawdę nie wiem", "Love song for Halina", "Kochaj mnie", "Nagi zmrok", "Ciało", "Tak mi dobrze", "Dobrze robię", "O Ela... Złoty deszcz", "Bania u Cygana" czy "Jedziemy na maxa" jako ponadczasowe mega hity są najlepszym odzwierciedleniem stylu muzycznego, który królował wówczas na dyskotekach oraz miejscach, gdzie dla disco polo miejsca nie było. Dla wielu osób tamtego pokolenia to symbolem młodości, szalonych lat 90. i szalonej muzyki dance.

Mijające lata poważnie zweryfikowały oczekiwania fanów. Pojęcie "dance" wydawałoby się na dobre zanikać ze słownika fana polskiej muzyki tanecznej, a same gatunki znacząco się o siebie ocierać. Brzmienia kapel disco polo coraz bardziej przypominały profesjonalne, zachodnie produkcje, a na scenie keyboard zastąpiony został zawodowymi tancerzami. Wątków wspólnych było coraz więcej. Wspólnie też oba gatunki, początkiem XXI wieku popadły w niełaskę mediów i pogrążyły się w kryzysie. Nadeszły chude lata, w których poradzili sobie nieliczni. A może tylko najlepsi?




Czas mijał, a w powietrzu czuć było zbliżający się wielki come back polskiej muzyki tanecznej. Muzyki, która wciąż dzieliła się na dwa gatunki podążające swoją ścieżką. Aż do 2008 roku. Festiwal Muzyki Disco Polo w Ostródzie, a na scenie po raz pierwszy w historii melduje się grupa D-Bomb. Wydaje się zatem, że to wydarzenie wokół którego nikt specjalnie nie robi zamieszania, ma swoją wyjątkową symbolikę i daje początek nowej ery...

Ikona polskiego dance, na scenie discopolowego festiwalu. Występ (notabene najlepszy podczas tej imprezy) przełamujący wszelkie schematy i podziały, o których już od dawna mówiło się, że zniknęły. Tak jak formacje United, Thomas czy Zero. Na ich miejsce pojawił się min. duet Long & Junior, traktowany stricte jako przedstawiciel dance. Na mocne brzmienie postawili debiutanci z grup Effect czy Maxx Dance. Swój gatunek określili jednak jako disco polo i tego trzymają się do dziś.



Różnicie dostrzegają nieliczni. Nieliczni też potrafią nazwać swoją muzykę dance, nie bojąc się reakcji fanów. Taką osobą jest lider i wokalista zespołu D-Bomb Bartek Padyasek, który często w wywiadach powtarza, że nie gra disco polo. Dla zdecydowanej większości słuchaczy, to nieprawda. Dlaczego? Bo tak jest wygodnie. Bo oba gatunki niosą za sobą radość i dobrą zabawę w języku polskim. Bo oba gatunki przeplatają się nawzajem. Bo podział jest tutaj niepotrzebny. Bo polski dance istnieje. Wystarczy wsłuchać się w najnowsze utwory grup, które w latach 90. próbowały stworzyć w Polsce coś nowego, coś dobrego. Czasy się zmieniają, muzyka ewoluuje, a D-Bomb, czy powracający na rynek z nowym materiałem zespół Zero to wciąż klasa sama w sobie. To wystarczy, by gatunek ten istniał, choć na pozór jest niewidzialny gołym okiem.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...